czwartek, 7 lutego 2013

WYNAJMOWAĆ CZY SIĘ KREDYTOWAĆ. OTO JEST PYTANIE (?). Część 3.

W dwóch pierwszych częściach wpisu próbowałem porównać zakup mieszkania na kredyt z jego wynajmem. Pobieżne wyliczenia pozwoliły ustalić, że przewaga zakupu na kredyt nad wynajmem jest iluzoryczna.

Iluzja ta, wsparta zakorzenionym w naszym narodzie przeświadczeniem o konieczności posiadania mieszkania/domu na własność, była jednym z istotnych czynników napędzających bańkę na rynku nieruchomości kilka lat temu. Bańka pękła z hukiem, ale mam wrażenie, że mit nieopłacalności wynajmu ma się dobrze w naszym społeczeństwie (a na pewno u mojej mamy;-). Jest on podtrzymywany przez tych, którzy mają w tym interes – czyli deweloperów i banki (pamiętacie reklamę PKO, gdzie Majewski wyśmiewał tych, którzy nie mają własnego mieszkania?). W drugiej części wpisu opisałem też pewne czynniki, oparte na emocjach, które utrudniają trzeźwą ocenę opłacalności (lub nieopłacalności) wynajmu, w porównaniu do kredytu. Zgodnie z obietnicą, zajmę się teraz wskazaniem zalet najmu w porównaniu do kredytu.

Zaleta nr 1. Mobilność. Najczęściej przywoływana przy okazji różnych dyskusji. Będąc najemcą, możesz z dnia na dzień (w praktyce z miesiąca na miesiąc;-) zmienić miejsce zamieszkania. Głównie chodzi oczywiście o ewentualne podążanie za pracą, ale czasem wchodzą w grę względy rodzinne. Niektórzy „eksperci” twierdzą, że w Polsce (inaczej niż np. w USA) takie zjawisko jeszcze nie występuje. Myślę, że nasi rodacy w Londynie, Dublinie, Oslo czy Berlinie mają na ten temat inne zdanie;-). Oczywiście mając kredyt też możesz zmienić miejsce zamieszkania, ale raty trzeba płacić. W jednym czasie musisz wynająć swoje dotychczasowe mieszkanie i wziąć w najem inne. Z logistycznego punktu widzenia jest to operacja dość skomplikowana, a przede wszystkim ryzykowna – bo co, gdy ludzie wynajmujący od Ciebie mieszkanie przestaną płacić i nie będą chcieli się wyprowadzić? 

Zaleta nr 2. Elastyczność. W razie utraty pracy, ciężkiej choroby i innych wypadków losowych powodujących nagły i nieprzewidziany odpływ pieniędzy najzwyczajniej w świecie wypowiadasz umowę i idziesz mieszkać do rodziny lub tańszego lokum. W ostateczności zostajesz w wynajmowanym mieszkaniu i nie płacisz, ale odsetki od zaległego właścicielom czynszu będą i tak wielokrotnie niższe niż to, co naliczy Ci bank, gdy przestaniesz płacić raty (pomijając już kwestię postawienia przez bank kredytu w stan natychmiastowej wymagalności).

Inny aspekt elastyczności: gdy w wynajętym mieszkaniu pojawia się np. grzyb to pakujesz manatki i się wyprowadzasz. Gdy to samo spotka cię w mieszkaniu kupionym na kredyt to masz problem. Szczególnie mieszkania prosto od deweloperów są narażone na tego typu niespodzianki. Tytułem przykładu: w pewnej podwarszawskiej miejscowości jest osiedle nowych bloków. Tylko miejscowi wiedzą jednak, że te bloki stały kilka lat bez dachów, bo ich poprzedni właściciel (niewielki deweloper) zbankrutował. Znajdują się jednak przyjezdni, którzy kupują tam mieszkania. Ciekawe rzeczy można też ustalić, wpisując w Google nazwę warszawskiego osiedla Lewandów.

Zaleta nr 3. Wolność. Częściowo przenika się z mobilnością, ale tu o innym jej aspekcie, do opisania którego skłoniła mnie zasłyszana w markecie rozmowa dwóch pracownic. Cytuję z pamięci: „A co ty Anka myślisz, że ja tu chcę robić? Dawno bym się z tego kur…dołka zwolniła gdyby nie kredyt!”. Właśnie. Jedna dobra rada: nie informujcie przełożonych, że macie duży kredyt na wiele lat. Jeśli masz kredyt, to musisz mieć też pracę, aby spłacać raty. Jeśli musisz mieć pracę, to znaczy, że zrobisz i zniesiesz wiele, aby ją utrzymać. Jeśli Twój przełożony jest gnojem (a tacy się niestety wszędzie trafiają), to możesz być pewny, że taką informację wykorzysta. Tak, wiem, utrzymanie kredytu hipotecznego w tajemnicy jest trudne, szczególnie jeśli w firmie pracujesz długo. Jasne jest też, że nawet jeśli Ci się to uda, to i tak masz związane ręce przy obecnym stanie rynku pracy (nie mówię tu o wybitnych specjalistach czy dzieciach prezesów spółek).

Zaleta nr 4. Bank. A konkretnie brak konieczności użerania się z nim. Chodzi mi oczywiście o różnego rodzaju ubezpieczenia wkładu niskiego, podwyżki opłat za produkty „okołokredytowe”, ponowne badanie zdolności kredytowej czy ponowne szacowanie wartości nieruchomości. Pamiętajcie, że banki próbują na wszelkie sposoby strzyc klientów, a żadnego klienta nie strzyże się lepiej od takiego, któremu można „w razie czego” postawić kredyt w stan wymagalności. Wynajmując, możesz stanąć wobec konieczności użerania się z właścicielem mieszkania, ale tu siły są wyrównane. Chociaż nie, nie są wyrównane – to najemca na gruncie polskiego prawa ma przewagę.

Zaleta nr 5. Gotówka pod ręką. Wracając do naszego przykładu z poprzednich dwóch części wpisu. Wynajmując mieszkanie masz dostęp do gotówki, którą odłożyłeś (różnica między czynszem najmu a ratą kredytu). Z każdym miesiącem będzie to większa kwota, pod warunkiem, że będziesz faktycznie ją odkładał, a nie przejadał, ale to już inna bajka. Kupując mieszkanie na kredyt, też będziesz mógł dostać gotówkę, ale będzie to wymagało zaciągnięcia kredytu. Kolejnego kredytu.

Zaleta nr 6. Koszty. Najemca nie ponosi kosztów remontów lokalu (podłogi, ściany, stolarka okienna, drzwi, instalacje). Ustawa o ochronie lokatorów nakłada na najemcę pewne obowiązki (np. malowanie i tapetowanie – art. 6b ust. 2 pkt 9), ale są one nie egzekwowalne. Wynajmujący może żądać np. pomalowania, a najemca może pomalować, ale to jakich farb użyje i jakich fachowców zatrudni zależy od niego. Nie słyszałem, żeby wynajmujący składali takie żądania, bo skończyłoby się to tym, że otrzymaliby mieszkanie pomalowane np. na czarno. Albo różowo. Oczywiście najemca, po uzgodnieniu z wynajmującym może dokonać ulepszeń w mieszkaniu i adaptować je do własnych potrzeb, co nie zmienia faktu, że duże remonty obciążają wynajmującego.

Trzeba pamiętać, że istnieją zjawiska ekonomiczne takie jak hiperinflacja, które po latach oszczędzania mogą zjeść pieniądze, które najemca z naszego przykładu odłożył. Jest to poważne ryzyko, które jednak można zminimalizować poprzez odpowiednie inwestycje. Jakie to inwestycje?

Akcje? Obligacje? Surowce? Najlepszą inwestycją jest inwestycja w siebie i w swoją rodzinę. Dlatego część zaoszczędzonych pieniędzy rodzina z naszego przykładu powinna przeznaczać na usługi i dobra, które w dłuższym okresie pozwolą uzyskać odpowiedni dochód z własnej pracy. Edukacja, swoja i dzieci, to coś czego nie dotknie inflacja. Co najwyżej demencja;-).           


Na razie kończę z tymi porównaniami, bo lobby bankstersko-deweloperskie już do mnie wydzwania z pogróżkami ;-). Zastrzegam sobie prawo do poprawienia i uzupełnienia tego i poprzednich postów, gdyby wpadło mi coś jeszcze do głowy ;-). Dzięki za przeczytanie. Zapraszam też na jutro – będzie o mądrych radach pewnego analityka.  

15 komentarzy:

  1. Jestem dokładnie tego samego zdania. Lobby dewelopersko - bankowe przeznaczyło olbrzymie środki na zakorzenienie w społeczeństwie wielu mitów na temat rynku nieruchomości. Sam wynajmuję mieszkanie, a pieniądze przeznaczone na wynajem uważam za "najlepiej" stracone pieniądze w moim życiu. Bardzo mądry i rzeczowy opis zbiorowej psychozy jakiej byliśmy świadkami. Nowa klasa średnia zrodzona na całym świecie z długu hipotecznego budzi się powoli z ręką w nocniku. Rosnące ceny nieruchomości (nie mylić z wartością!) spowodowały owczy pęd chciwości, głupoty, braku odpowiedzialności itp. Jedynym kryterium wzięcia kredytu była jego dostępność w banku (o konsekwencjach nikt nie myślał). Wydanie jednorazowo znacznej części swoich przyszłych 30 letnich dochodów budziło w ludziach poczucie zamożności i awansu społecznego. Bańka już pękła na całym świecie, w Polsce z oporem ale również. Dzięki pobożno - życzeniowo - roszczeniowemu myśleniu setki tysięcy rodzin zbankrutowało z technicznego punktu widzenia (hipoteka przewyższa wartość nieruchomości o kwotę większą niż całkowity majątek zakredytowanej rodziny). W razie konieczności spłaty zobowiązania w krótkim czasie "poleje się krew". Od rodziny i znajomych też słyszałem te same oklepane "mądrości": na nieruchomości nie można stracić... , nic nie zostawisz swoim dzieciom... itp. Właściciel mieszkania w którym mieszkam dokłada do mnie średnio 8.000 złotych miesięcznie tylko po to abym mógł korzystać z jego "gościnności". Na szczęście dla mnie on również żyje tym samym mitem co większość i chyba nawet nie jest świadomy takiego stanu rzeczy. Pozdrawiam myślących samodzielnie. Cieszę się że wracają powoli czasy kiedy o zamożności i jakości życia decyduje jakość i ilość wykonanej pracy, a nie spekulacja i szczęście.

    OdpowiedzUsuń
  2. Według mnie cała analiza jest naprawdę dobra i dużo argumentów przyjmuję i potwierdzam za jak najbardziej sensowne. Jednak nadal uważam, że wychodzi się tutaj z bezpodstawnego założenia, że cena wynajmuje jest znacznie niższa niż kwota raty kredytu. W moim przekonaniu, cena którą płaci się za wynajem jest nawet wyższa od raty, gdyż właściciel bierze premię za fakt posiadania mieszkania - niektórzy po prostu nie mogą otrzymać kredytu i bez wyjścia muszą wynajmować. Przeglądając warszawskie mieszkania na wynajem dla singli (do 45m2) ceny kształtują się w okolicach lub nawet nieco powyżej kosztu miesięcznej raty (i to bez wliczonego czynszu). Cały case się w takiej sytuacji mocno komplikuje i pytanie jest co wolisz - brak mieszkania i brak oszczędności ale wolność/mobilność/elastyczność czy jednak mieszkanie w przyszłości, bo jakoś nie "łykam" tych 300 tys. oszczędności... oczywiście, wynajmę mieszkanie w PRLowskim bloku albo kamienicy z lat 30 w wystroju "ala leśniczówka" po niskiej cenie, pytanie kto by chciał spędzać swoje życie w takich warunkach, no chyba że ktoś z dalszej rodziny wynajmie po znajomości...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Anonimowy 8 lutego 2013 19:51
      Dziękuję za uwagi. To co określasz jako "bezpodstawne założenia" to prawdziwe dane, wzięte z życia - napisałem to w poście. Odnośnie przeglądania ogłoszeń to:
      http://dom.gratka.pl/tresc/397-42672877-mazowieckie-warszawa-bialoleka-nowodwory-ksiazkowa.html#6422d4530012e5c3,1
      Tu rata kredytu na 30 lat = 1900 zł + 300 zł opłat i:
      http://dom.gratka.pl/tresc/401-28228628-mazowieckie-warszawa-bialoleka-ksiazkowa.html#d92c9f57df9d6b96,1
      Tu czynsz najmu w realu wyniósłby 1400 zł - 300 zł opłat = 1100 zł.
      Mieszkania są porównywalne, położone na tej samej ulicy w Warszawie na Tarchominie. Wyszukanie tego przykładu zajęło mi ok 1 minuty. Różnica kredyt - najem wynosi w tym przypadku 800 zł. Niewiele mniej niż w prawdziwym przykładzie z mojego posta. Przyznaję, że przykład z mojego posta jest tzw. okazją o około 20-25% tańszą niż porównywalne oferty, ale przecież takie oferty się pojawiają, trzeba tylko być na bieżąco. Co to znaczy, że "nie łykasz" tych 300 tys oszczędności? Możesz przytoczyć jakieś argumenty? Pamiętaj, że w moim poście porównywałem kredyt i najem tego samego mieszkania, a Ty porównujesz najem jakiejś leśniczówki do... no właśnie nie napisałeś do czego. Porównujmy jabłka z jabłkami. Masz jednak rację, że w przypadku gdy czynsz najmu byłby równy lub wyższy od raty kredytu to sytuacja wyglądałaby inaczej - takich przypadków chyba jednak nie ma, czego dowodem mogą być podwieszone wyżej linki. Opisany przeze mnie w poście czynsz najmu daje właścicielom marną stopę zwrotu z inwestycji (c.a. 3%), tylko że oni tego w ten sposób nie traktują i nie wyliczają, bo nie kupili tego mieszkania jako inwestycji. Pamiętaj też, że ustalenie wyższej kwoty czynszu odstraszyłoby wielu uczciwych najemców, których nie stać by było na płacenie takiego czynszu. Mam nadzieję, że Cie trochę przekonałem do swoich racji, najważniejsza dla mnie jest własnie dyskusja i wymiana argumentów, to czy ostatecznie się zgodzimy ma znaczenie drugoplanowe znaczenie - każdy będzie miał materiał do przemyślenia. Moje posty miały na celu rozpoczęcie dyskusji i otworzenie wielu ludziom oczu, a nie udowodnienie co do 1 grosza czegokolwiek. Pozdrawiam. CS

      Usuń
  3. @ Anonimowy 8 lutego 2013 12:48
    Dzięki za ciekawe uwagi. Możesz napisać jak wyliczyłeś te 8 tys.?

    OdpowiedzUsuń
  4. Credit Slayer: spoko, bez spinek, konytuujmy merytoryczną debatę :) Mam nadzieję, że nie urażę tym sformuowaniem wielu osób ale białołęka/tarchomin to prawie jak piaseczno albo włochy - czytaj miejsce w którym ludzie nie za bardzo chcą mieszkać. Ceny kupna są droższe dlatego że był tam boom na budowanie mieszkań w górce 2007-2009 i ludzie się poubierali w mieszkania i teraz próbują je sprzedać bez wielkiej straty (stąd trzymają cenę). Bo jak każdy kto tam mieszka to wie ile się jedzie do pracy w centrum rano z białołęki :) prawie tyle co z Łodzi pociągiem. Dlatego uważam ten przykład za niecelny. Znajdź mi proszę analogiczną sytuację w dobrych lokalizacjach jak np. mokotów, ursynów, żoliborz. Nie widzę szansy na znalezienie tak dużej rozbieżności między ceną wynajmu a ratą kredytu, chyba że to rzeczywiście okazja - ale i tak będziesz mieszkał w ramie H zamiast na ładnym osiedlu (choć jakość nowego budownictwa też budzi spore wątpliwości, szczególnie te z lat 2011-2012). Jeżeli Twój model możliwości wynajmu poniżej ceny raty kredytu byłby możliwy, to myślę że w moim przypadku kwestia kredytu zostałaby zamknięta i zostałbym przy wynajmie. Niestety nie jest tak różowo. Nie łykam oszczędności bo nie łykam spreadu między ceną wynajmu a kosztem kredytu, dla mnie te wartości są zbliżone na tyle, że nic nie odłożysz na tej różnicy.

    OdpowiedzUsuń
  5. @ Anonimowy 9 lutego 2013 00:11
    1. Autobus z Tarchomina do metra (15 min) + metro do centrum (15 min) to daje razem 30 minut i to z przesiadkami. Moja koleżanka w zeszłym tygodniu jechała pociągiem do Łodzi 2 godziny w zwierzęcych warunkach. Wydaje mi się więc, że masz tendencję do dość swobodnego posługiwania się faktami ;-)
    2. Przykład w dobrej lokalizacji? To proszę Mokotów, ul. Rakowiecka (chyba trudno o lepszą lokalizację, a metro do centrum jedzie 4 min)
    Dwa mieszkania na tej samej ulicy (Rakowiecka), z tego samego roku 2008 (żebyś nie grymasił, że z lat 2011-2012;-):
    Mieszkanie nr 1 - do kupienia: 44 m2, 2 pokoje, STAN DEWELOPERSKI (!!!), Cena 580000 tys. zł -> rata kredytu na 30 lat (7,4%) = 4000 zł (!) + opłaty, poniżej link:
    http://dom.gratka.pl/tresc/397-28533909-mazowieckie-warszawa-mokotow-rakowiecka.html#eb69d0325f9b3c75,1
    Mieszkanie nr 2 - do wynajęcia: 52 m2, 2 pokoje, PIĘKNIE WYKOŃCZONE I W PEŁNI WYPOSAŻONE -> czynsz najmu 2200 zł + opłaty, poniżej link:
    http://dom.gratka.pl/tresc/401-27602179-mazowieckie-warszawa-mokotow-rakowiecka.html#33ed701e9408047b,2
    Różnica 1800 zł miesięcznie (!!!). Czy nadal nie wierzysz w "spread"? Chyba nie będziesz żądał abym dawał kolejne przykłady ;-)? Bo wygląda na to, że im bliżej centrum tym "spread" większy;-).

    UWAGA: linki z tego komentarza z natury rzeczy za jakiś czas nie będą działać, dlatego opisałem mieszkania.

    OdpowiedzUsuń
  6. tarchomin po otworzeniu mostu północnego może faktycznie odżył, ciężko mi powiedzieć bo dawno nie byłem - tu możesz mieć racje. Białołęka bliżej w stronę marek to jest dramat w każdym razie.
    Co do twojego przykładu no to sory, dajesz mi przykład mieszkania za 13 tys. z metra to jakieś jaja. W tej lokalizacji można znaleźć spokojnie za 8-9 tys. (te 13 na luzie by się znegocjowało do 11). To nie zmienia faktu, że to drugie mieszkanie wygląda również na wysoki standard więc się bardziej opłaca w przypadku wynajmu więc przykład uznam za pozytywny :) Segmencie moich poszukiwań do 40m2 w lokalizacji blisko metra jednak ciężko znaleźć coś w sensownej cenie (1500zł za 30m kawalerke hm?) Za 30m^2 miałbym ratę kredytu również w okolicach 1500 na 30 lat. Zresztą czekają Nas dalsze spadki cen a wynajem chyba nie nadąża za spadkami także to też warto wziąć pod uwagę.

    OdpowiedzUsuń
  7. Chciałam zauważyć, że najem nawet długoterminowy (np. na 5 lat) nadal jest mniej komfortowy niż posiadanie mieszkania. Prosty przykład - meldunek. Mimo obietnic nadal nie zniesiony. I kto wie czy i kiedy zniknie. Nadal wiele spraw załatwia się zgodnie z miejscem zameldowania (a na meldowanie lokatorów to jednak wynajmujący rzadko się zgadzają). Ja ostatnio wymieniałam dowód osobisty i wymagało to 2 wycieczek do miasta rodzinnego, bagatela 200km w jedną stronę, oczywiście na tygodniu bo wtedy urząd pracuje. Poniosłam więc realne koszta i straciłam czas. Koleżanka by zapisać się do szkoły rodzenia meldowała się u znajomych bo jakoś w wynajmowanym mieszkaniu nie mogła. I takich sytuacji jest sporo wbrew pozorom.
    No i pytanie co po 30 latach? Czy te odłożone wtedy środki pozwolą kupić mieszkanie za gotówkę? Bo kredytu to już wówczas nikt nam nie da. Jak nie pozwolą to czeka nas wynajem, kolejne przeprowadzki a to w przypadku "starych drzew" będzie chyba jeszcze mniej komfortowe.
    Ja nie jestem fanką brania kredytów. Mieszkania w wynajmowanych mieszkaniach po 10 latach też mam już dosyć. Oba rozwiązania są do d... i tylko trzeba przeliczyć to sobie i wybrać mniejsze zło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego kredyty są dobre, ale... Nigdy na górce, nigdy na długi okres kredytowania (warto na max 10 lat), trzeba mieć 30-50% wkładu własnego, trzeba mieć poduszkę finansową na rok czasu, dobre ubezpieczenie na życie i kupić coś niedrogiego. Dlaczego? Bo większość osób jak bierze kredyt to bierze duże mieszkanie lub buduje wypasiony dom. Sorki, ale jak kogoś nie stać na zakup za gotówkę, to po cholerę kupować duże mieszkanie czy duży dom budować?!? Oczywiście na koniec zbyt bogato wyposażyć...

      Usuń
    2. Zawsze można zamelodować się na pobyt tymczasowy na najmowanym mieszkaniu. Nie mam z tym żadnych problemów, od kilku lat tak robię na podstawie umowy najmu, żadnej zgody własciciela nie potrzeba i wtedy nie ma żadnych problemów z wyrobieniem dokumentów w miejscu zamieszkania, urzędy przesyłają sobie wnioski, procedura trwa dłużej może o dwa tygodnie. Można również brać udział w wyborach w miejscu zamieszkania na podstawie meldunku tymczasowego.

      Usuń
  8. @ Alex
    1. Obowiązek meldunkowy zostanie zniesiony od 2016 r. Jednak nawet dziś jest on fikcją. Zresztą, ile razy wymieniasz dowód? Ile razy chodzisz do szkoły rodzenia? Na marginesie: w wielu miastach, w tym w Warszawie, aby mieć bezpłatną szkołę rodzenia wystarczy pracować w danym mieście. Ja ostatni raz w moim urzędzie zameldowania byłem... 6 lat temu właśnie po dowód;-) Mam dużo bliżej niż Ty, ale sama widzisz, że takich sytuacji nie ma dużo. No chyba, że jesteś fanką tego cyrku zwanego wyborami powszechnymi ;-).
    2. Co po 30 latach? Musiałem przyjąć jakiś okres do obliczeń, ale nie przywiązuj się do niego. Nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby nie brać ogromnych kredytów tylko po to, by stać się niewolnikiem systemu, żyć w napięciu i stresie, bać się każdego dnia, co się stanie w przypadku utraty pracy. Jak w takiej sytuacji cieszyć się „swoim” mieszkaniem? Jest chyba na tym świecie parę fajniejszych rzeczy do zrobienia niż praca od świtu do zmierzchu na dwóch etatach lub łapanie setek nadgodzin tylko po to, by mieć na ratę, prawda? Poza tym, czy po tych 30 latach nie będziesz czegoś miała po rodzicach, dziadkach etc.?
    3. Nie uważam kredytu za wymysł szatana. Jednak przyznasz, że umowa kredytowa ma w sobie pewne cechy cyrografu? Jeśli ma się chociaż 70% wartości mieszkania w gotówce to kredyt hipoteczny jak forma finansowania mieszkania pewnie jest lepszy niż wynajem, ale tylko wtedy gdy będzie to Twoje mieszkanie „docelowe”. Jeśli jednak nie masz takich pieniędzy, to przeczytaj jeszcze raz moje posty ;-).
    Pozdrawiam CS

    OdpowiedzUsuń
  9. CS smutna prawda jest tak, że lepiej być zdrowym i bogatym niż biednym i chorym. Jak nie masz stabilnej dobrze płatnej pracy to trzęsiesz tyłkiem i boisz się utraty pracy nawet i bez raty. Mieszkać gdzieś trzeba, jeść coś trzeba a to się tak czy inaczej nabywa za pieniądze. Niewolnikiem systemu jest się więc tak czy inaczej. Taka smutna prawda.
    Co do dziedziczenia to mam taką sytuację, że na dziedziczenie nieruchomości i majątków nie mam co liczyć. Już 6 w totka jest bardziej realna ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. @ Alex
    „Mieszkać gdzieś trzeba” Właśnie tego dotyczą moje posty. Pytanie tylko jak sfinansować realizację tej potrzeby. Każdy musi sobie sam na nie odpowiedzieć uwzględniając swój własny kontekst rodzinny, psychiczny i finansowy. Na blogu przedstawiam moje poglądy. Wielu się ze mną nie zgodzi, ale jestem pewien, że będą też osoby, które dzięki moim postom unikną pochopnej decyzji. Pozdrawiam CS
    PS Dziś w totka 30 mln do wzięcia ;-).

    OdpowiedzUsuń
  11. No i pytanie co po 30 latach? Tak na prawdę ta rozmowa nie ma sensu. Możemy się spierać kto ma rację i do niczego nie dojdziemy, bo kto z nas ma tą wiedzę co będzie za 30lat. Jakie będą zarobki ceny inflacja etc. Cypr i kilka zdarzeń na naszym podwórku udowodniły, że pieniądze można łatwo stracić. Kredyt też jest zły ale jeśli bierze się go beż pojęcia - a jakoś to będzie... Poza tym tak jak pozostali, nie widzę się z rodziną tułającą się po stancjach do... właśnie kiedy?
    Ok jak masz trzydzieści lat ale jak masz 60, ciągłe przeprowadzki?
    Zarówno wynajem jak i kredyt w pewnych warunkach ma sens, wszystko zależy od warunków panujących na rynku. Nie można generalizować, były czasy kiedy kredyt się opłacił - oczywiście wtedy dostępność do niego była ograniczona. Na każdym rynku występują cykle! Zakładając, że mamy górkę ceny podlegają pewnym zmianom, wynajem jest opłacalny, odkładamy na wkład własny. Następnie w przypadku zmiany trendu kupujemy po części kredytując się ale już np. na 7 lat.

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy 25 marca 2013 15:36
    Ależ ja się z Tobą zgadzam! Nigdzie nie piszę, że kredyt to samo zło. W serii "Wynajmować czy się kredytować" przedstawiłem tylko pewien scenariusz z życia wzięty i rozwinąłem go przyjmując kilka założeń na przyszłość. Zrobiłem to aby obalić istniejący mit o tym, że trzeba mieć własne mieszkanie już teraz, natychmiast, w tej chwili, a najem to samo zło! Jeśli Ty nie znasz tego mitu - to tym lepiej dla ciebie ;-) W odpowiedzi na komentarze innych czytelników pisałem przecież, że jeśli najem w pewnym momencie okaże się mniej korzystny od zakupu, to można myśleć o zakupie, ALE NIGDY nie należy kupować mieszkania w 100% lub 110% za wieloletni kredyt. Wkład własny powinien oscylować wokół 70-75% wartości mieszkania, a absolutne minimum to 50%. Również rata powinna stanowić niewielki ułamek Twoich dochodów. Użyłeś nieuczciwego argumentu pisząc o "ciągłych przeprowadzkach" bo nie wyjaśniłeś co to dla Ciebie znaczy "ciągłe". Znam ludzi, którzy nigdy nie wynajmowali, a przez ostatnie 12 lat przeprowadzali się już 3 razy (coraz większe mieszkania) a teraz myślą o domu, więc czeka ich już 4 przeprowadzka. Nie pisz też, że rozmowa nie ma sensu, bo zawsze ma! Tu nie chodzi o to kto ma rację, ale o to żeby się zatrzymać i pomyśleć.
    Pozdrawiam
    CS

    OdpowiedzUsuń