poniedziałek, 2 marca 2015

KRETYNIZMY "MIESZKANIA DLA MŁODYCH"


Znak przed wejściem...
do Sejmu
Minął już rok z okładem od wejścia w życie ustawy z dnia 27 września 2013 r. o pomocy państwa w nabyciu pierwszego mieszkania przez młodych ludzi, która wprowadziła program powszechnie znany jako „Mieszkanie dla młodych”. Gdy tylko ten pomysł wypłynął publicznie, dla nikogo w blogosferze nie było wątpliwości, że będzie on służył, podobnie jak „Rodzina na swoim” jedynie banksterom i deweloperce. W ustawie aż roi się od idiotycznych zapisów, co mnie w ogóle nie dziwi – program powstał przecież w zakamarkach dawnego Ministerstwa Infrastruktury, któremu szefował wówczas człowiek, niepotrafiący wypełnić prostego oświadczenia majątkowego ;). W Sejmie jedynie sześciu posłów zagłosowało, zapewne przez przypadek, przeciwko przyjęciu ustawy, co również dowodzi umysłowego ubóstwa wybrańców narodu.

 
Dość jednak znęcania się nad bezmyślnymi autorami tego prawnego, ekonomicznego i logicznego potworka – przechodzimy do rzeczy. Zaczniemy od kretynizmów na poziomie założeń, stopniowo przechodząc od ogółu (sam pomysł) do szczegółu (konkretne rozwiązania).
 
1.      Idea niesłuszna, wykonanie jeszcze gorsze.
 
Największym kretynizmem Mieszkania dla Młodych jest oczywiście sam pomysł, żeby państwo dopłacało komukolwiek do czegokolwiek. Wszelkiego rodzaju publiczne dopłaty psują rynek, który w idealnym systemie powinien pozostawać poza zainteresowaniem urzędników. Jeśli do tego dołożymy różnego rodzaju kryteria czy warunki, od których taka „pomoc” jest uzależniona, to mamy gotowy przepis na katastrofę. Tego rodzaju kierowanie rynkiem jest też zawsze niesprawiedliwe, bo zawsze ktoś może zapytać dlaczego dopłacamy na mieszkania, a na samochody to już nie, albo dlaczego dajemy jednym, a innym nie. Pal sześć jeśli takim transferem parają się takie kraje jak np. Norwegia, które mają tyle pieniędzy, że nie wiedzą co z nimi robić. Polska jest jednak krajem zadłużonym po uszy, gdzie sama obsługa długu kosztuje coś koło 30 miliardów złotych rocznie, a wielomiliardowa dziura budżecie występuje od lat i nikt nie ma pomysłu jak ją zasypać. Jednak wysupłujemy kilkaset milionów złotych (rocznie!) na program, który tak naprawdę nikomu poza bankami i deweloperami, nie pomaga, powiększając jedynie zadłużenie. Zadłużenie, które kiedyś trzeba będzie spłacić.

 
W tym momencie w sukurs przyszedł mi nieoczekiwanie Narodowy Bank Polski, który dwa miesiące temu wypalił prosto z mostu (klik), że głównym problemem tej ustawy jest to, że
 
"pomimo społecznie brzmiącej nazwy de facto wspiera ona sektor deweloperski z widocznym uszczerbkiem dla realizacji celów społecznych. (...) Należy dodać, że rentowność projektów deweloperskich mierzona roczną stopą zwrotu w największych miastach Polski kształtuje się na poziomie MINIMUM 18-20% i nie ma żadnego uzasadnienia dla wspierania tego sektora. (...)  Finansowanie sektora deweloperskiego ze środków publicznych prowadzi zatem do marnotrawstwa ograniczonych zasobów"
 
No, krótko i na temat. ;) Przygniecione długiem państwo MARNOTRAWI pieniążki, by pomóc dobrze zarabiającym bogaczom. Zdaje się więc, że doczekaliśmy się powstania nowego systemu państwowego: pomieszania plutokracji z kleptokracją.
 
2.      Trochę biedniejsi pomagają trochę bogatszym.
 
W ustawie nie ma żadnego ograniczenia co do zamożności potencjalnych beneficjentów – podatnicy dopłacają zarówno córce milionera (wiem, ona kredytu raczej nie potrzebuje), jak i przeciętnie zamożnej (czytaj: wystarcza do pierwszego) rodzinie.

Pieniądze na dopłaty będą pochodzić z budżetu. Nasz budżet nie bierze się jednak znikąd, tylko z podatków, które płacą wszyscy (trochę upraszczam, bo wiemy, że nie wszyscy). Płacą bogaci, średniobogaci i ci zupełnie niebogaci. Wśród tych ostatnich jest wielu, którzy pracując na tzw. śmieciówkach zarabiają niewiele i dla banków są niewidzialni jako kredytobiorcy. Nie mają zdolności kredytowej, a z tego co zarabiają nie da się uzbierać na własne mieszkanie. Ale jakieś tam podatki płacą. I to właśnie z podatków tych ludzi rząd dopłaci tym, których i tak byłoby stać na zaciągnięcie kredytu!

Z tymi niebogatymi to w ogóle jest ciekawa historia. Często bowiem, mimo że nie śmierdzą groszem, to nie łapią się na opiekę socjalną (próg coś koło 500 PLN na osobę). Wychodzi więc na to, że ta grupa finansuje lokale dla biedniejszych od nich (często menelstwo lub cwaniaki) poprzez dodatki mieszkaniowe i pozostały socjal, a także dla bogatszych poprzez właśnie MdM i RnS! Ja bym się wkurw…o, pardon me, zdenerwował ;)

Patrząc na to z drugiej strony jest to dla tych niebogatych zachęta, by pracowali ciężej i awansowali co najmniej do grupy średniobogatych. No cóż, jaki kraj, taka zachęta ;)
 
3.      Oszczędzających mamy w dupie! I to nie jest żadna metafora.
 
W styczniu ub. r. pisałem już o tym (klik), że Ministerstwo Finansów skasowało pomysł zwolnienia oszczędności na mieszkanie z podatku Belki. MdM jest dalszym ciągiem prześladowania ludzi oszczędnych, bo dopłata z tego programu przysługuje wyłącznie tym, którzy kupno lokalu przynajmniej w 50% sfinansują kredytem wziętym na 15 lub więcej lat! Nawet więc jeśli uzbierałeś 90% kwoty potrzebnej na mieszkanko i chciałbyś brakujące 10% dostać od państwa (skoro i tak dają), to nie dostaniesz, bo nie wziąłbyś „odpowiedniego” kredytu!

Słuszną linię ma w tym miejscu nasza partia – skoro mogłeś odłożyć 90%, odmawiając sobie przez X lat różnych rzeczy, to odłożenie brakujących 10% nie powinno dla Ciebie stanowić żadnego problemu! ;) Ot, najwyżej nie pojedziesz jeszcze przez dwa lata na wakacje! Albo założysz rodzinę 5 lat później! Rząd, po raz kolejny przypomina nam, że:

NADGORLIWOŚĆ (w oszczędzaniu) GORSZA OD FASZYZMU!!!
 
Innymi słowy: pomożemy Ci, ale Ty musisz pomóc nam pomagać bankom ;). A jak nie, to radź sobie sam!

No i dobrze, niech się kułak jeden z drugim nauczy, że oszczędzać to może siedmiolatek w śwince skarbonce, a nie poważny obywatel – obywatelskim obowiązkiem jest bowiem, szczególnie w czasach deflacji, nakręcać konsumpcję wewnętrzną, a nie chować zaskórniaki do skarpetki ! ;)
 
4.      Po 35-tce nie jesteś już młody…

Limit wieku w MdM to 35 lat. I tak niechcący dowiedzieliśmy się wreszcie kiedy kończy się młodość. Zostało to ustawowo zadekretowane, więc moim „prawie-czterdziestoletnim” koleżankom z pracy nie zostało nic innego, jak tylko oklepany frazes, że „ma się tyle lat, na ile się czuje” ;););). Dlaczego jednak granica została ustawiona akurat w tym punkcie. Przecież rodzinę można założyć równie dobrze w wieku lat 40-stu. Dlaczego więc państwo chce np. dopłacić małżeństwu dwojga 35-latków, a małżeństwo 37-latków ma już w głębokim poważaniu? Jest to NICZYM nieuzasadniona dyskryminacja i ewidentne naruszenie zasady równości.
 
5.      …a może jednak jesteś młody nawet po 60-tce?

Zgodnie z tą idiotyczną ustawą może się jednak zdarzyć, że choć młodość (w rozumieniu ustawowym) masz już dawno za sobą, to na dopłaty jednak się załapiesz! Wystarczy, że samemu/samej będąc w wieku dojrzałym posiadasz męża/żonę, który/a nie ukończył/a 35 lat. Ten próg wiekowy dotyczy bowiem tylko młodszego z małżonków, starszy może choćby dobiegać 80-tki, a i tak pieniążki z MdM-u dostanie. Innymi słowy małżeństwu dwojga 36-latków państwo nie „pomoże”, ale małżeństwu, powiedzmy 35-latka z 70-latką (lub na odwrót) już tak! ;) Ktoś tu widzi sens? 
 
6.      Masz jedno dziecko? Dostaniesz dodatkowe 5%! Masz czworo dzieci? Też dostaniesz dodatkowe 5%!
 
Jak wiadomo, jeśli nabywca mieszkania wychowuje przynajmniej jedno dziecko, zamiast 10% dopłaty dostanie 15%. Przy czym nie ma tu różnicy, czy masz jedno dziecko czy ośmioro -  tak czy siak otrzymasz o połowę większą dopłatę niż bezdzietni. Jakież to sprawiedliwe! A jakież „pro-prokreacyjne” ;)!

Z drugiej strony, ten co ma ośmiu potomków pewnie i tak żyłuje budżet poprzez jakieś zasiłki rodzinne, a na pewno przez ulgi podatkowe, więc dobrze mu tak, że dostanie na mieszkanie tyle samo co rodzic jedynaka! Niech się margines w końcu nauczy, że są pożyteczniejsze sposoby spędzania czasu wolnego niż rozmnażanie się bez opamiętania. ;)
 
7.      Trzecie dziecko tak, troje dzieci nie.
 
Jeszcze się cieszą, bo nie wiedzą...
że z tym blondaskiem troszkę się pospieszyli ;););)
Ten kto ma dwoje dzieci otrzyma dopłatę w wysokości 15%. Ten kto ma troje dzieci też dostanie 15%. Tyle, że jeśli temu z dwojgiem dzieci, w ciągu 5 lat od kupna mieszkania, urodzi się trzecie dziecko, to dostanie on dodatkową dopłatę w wysokości 5% (czyli razem 20%). Ten, który na starcie miał trójkę dzieci nie dostanie tych dodatkowych 5% - no chyba, że zrobi sobie czwarte dziecko. Warunkiem otrzymania tych dodatkowych 5% jest bowiem to, żeby trzecie lub kolejne dziecko urodziło się po kupnie mieszkania z dopłatami. Powodzenia ;)  

8.      Pieniążki dla banków.
 
O tym już kiedyś pisałem („Mieszkanie dla młodych,ale bankowi też się coś należy”) – chodzi oczywiście o podwyższone marże i prowizje stosowane przez banki przy udzielaniu kredytów w ramach MdM. Marek Wielgo na swoim blogu napisał kiedyś tak:
 
Faktem jest, że (…) marże kredytów w ramach „MdM” są wyższe niż kredytów standardowych o podobnych parametrach. Nie robił bym jednak z tego problemu, bo różnice są niewielkie. Na początku obowiązywania "Rodziny na swoim", banki też stosowały wyższe marże, ale konkurencja zmusiła je do ich obniżenia. Wierzę, że w „MdM” będzie podobnie. Im więcej banków przystąpi do programu, tym lepiej.
 
Wiara Marka w to, że na bankowym rynku, który jest faktycznym oligopolem, istnieje rzeczywista konkurencja, jest naprawdę rozczulająca. Najlepiej o tym, jak bardzo konkurują ze sobą banki świadczy to, że od jakiegoś czasu rosną marże kredytów – można więc chyba powiedzieć, że banksterzy zabijają się o klienta… windując ceny ;). 
 
9.      Komisja Nadzoru Finansowego żąda 10% wkładu własnego, to rząd daje.
 
Jak powszechnie wiadomo, od początku 2015 r. minimalny wkład własny przy kredytach hipotecznych wynosi 10%. Jeśli więc chcemy wziąć kredyt na mieszkanie warte 300 tys. zł, to musimy przynieść co najmniej 30 tys. "swoich" pieniędzy. Ograniczenie to ma oczywiste przesłanie: "nie dajemy kredytów tym, którzy przez całe życie nie potrafili choć trochę zaoszczędzić". Program MdM ogranicza jednak restrykcje Rekomendacji S, wydanej przez KNF, bo rządowe pieniążki muszą być traktowane przez banki jako wkład własny. To co jedna instytucja państwowa zabiera, druga tylnym wejściem oddaje. ;) Miło. 
 
10.  Nie masz zdolności kredytowej? Weź na babcię!

Nie dość, że rząd obchodzi bokiem wymogi nakładane przez KNF dając 10% lub 15% wkład własny ludziom, którzy go nie mają, to jeszcze zaniża standardy oceny zdolności kredytowej. Ustawa stanowi bowiem, że jeśli nabywca mieszkania, pomimo dofinansowania wkładu własnego, nie będzie posiadał zdolności kredytowej, to do kredytu mogą przystąpić zstępni, wstępni, rodzeństwo, małżonkowie rodzeństwa, ojczym, macocha lub teściowie nabywcy. Szkoda, że MdM nie funkcjonował w czasach Kopciuszka - mógłby się on zemścić na macosze i złych siostrach wkręcając je w kredyt! ;)

Wobec takich zapisów hasło: ZABIERZ BABCI DOWÓD! nabiera zupełnie nowego znaczenia... ;) Bo przecież babcię też możesz wciągnąć do kredytu, i prababcię i praprababcię i... Byleby tylko miały emeryturę! Można więc nazwać kredyt z MdM-u KREDYTEM "NA WNUCZKA". Tak, skojarzenie z popularnym oszustwem nie jest przypadkowe. ;)
 

Od dziś Karol Strasburger powinien zapraszać do "Familiady" wyłącznie rodziny powiązane więzami kredytu w MdM - widowisko gwarantowane: walka o główną nagrodę do upadłego, rwanie włosów z głowy po przegranej, chwyty poniżej pasa... ;)

 
11.  Mieszkanie nie mieści się w limicie? Nie martw się, coś wykombinujemy.

Wyobraźmy sobie, że cena mieszkania nie mieści się limicie, od którego zależy przyznanie rządowej dopłaty. Co robi wtedy sprytny deweloper? Ano... to:

"In­we­stor nie re­kla­mu­je miesz­kań w pro­gra­mie MdM, ale przez te­le­fon pro­po­nu­je klien­to­wi sprze­daż lokum po cenie miesz­czą­cej się w li­mi­cie pro­gra­mu. Pod wa­run­kiem, że klient wyku­pi drogi garaż lub za­mó­wi usłu­gę u pro­jek­tan­ta wnętrz" - re­la­cjo­nu­je "Metro" (taka warszawska gazetka). Z ta­kiej "ofer­ty dla klien­tów spe­cjal­nych" mogą sko­rzy­stać tylko ci, któ­rzy dys­po­nu­ją go­tów­ką (na garaż lub projektanta). W efek­cie, miesz­ka­nie przy­kła­do­wo warte 240 tys. zł, wy­ce­nia­ne jest na 220 tys. zł (tak, by zmie­ścić się w li­mi­cie MdM), a bra­ku­ją­ce 20 tys. zł klient wpła­ca na garaż i dzię­ki temu może sta­rać się o do­pła­tę od pań­stwa.

Co na to Bank Gospodarstwa Krajowego? Ano... to: 
 
Z etycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia takie praktyki są niewła­ści­we - pod­kre­śla Anna Czyż z Banku Go­spo­dar­stwa Kra­jo­we­go, który udzie­la do­płat. Przy­zna­je jed­nak, że na pod­sta­wie wnio­sków o do­fi­nan­so­wa­nie, które tra­fia­ją do BGK, takie nie­etycz­ne ope­ra­cje są nie do wy­kry­cia.
 
Innymi słowy Bank Gospodarstwa Krajowego przyznaje, że obowiązujące w programie limity są kompletnie nieistotne, bo można je dowolnie obchodzić! I BGK nie ma żadnych instrumentów aby temu przeciwdziałać!

Na szczęście Pani Ania z BGK wpadła na pomysł jak wpłynąć na sumienie deweloperów i wypaliła o „etycznej niewłaściwości” tego typu przekrętów ;) Już widzę jak skruszeni deweloperzy oraz ich klienci dobrowolnie zwracają niesłusznie pobraną dopłatę wzruszeni tyradą Pani Ani o ich niemoralności. ;) A w ramach pokuty wpłacają dodatkowo po 100 zł na schronisko dla piesków ;).
 
Mamy tu do czynienia z sytuacją, w której państwo (reprezentowane w tym przypadku przez  BGK) otwartym tekstem stwierdza, że wie o tym, iż jest robione w konia, ale nie chce z tym nic robić, poza pogrożeniem paluszkiem i odwołaniem się do sumienia tych, którzy w tego konia je robią. Czy Wam też otwiera się nóż w kieszeni?

12.  W twojej gminie deweloperów nie ma? Masz pecha!
 
Ograniczenie programu tylko do rynku pierwotnego ma pewne oczywiste konsekwencje: będą mogli z niego skorzystać mieszkańcy tylko tych miast, w których funkcjonuje jakiś rynek pierwotny. I tu wypowiedź jakiegoś internauty znaleziona w necie:

W moim miejscu zamieszkania - Nakło nad Notecią - nie wybudowano ani jednego bloku mieszkalnego w ciągu ostatnich 10 lat. Jaka jest szansa, że po wejściu ustawy będzie można kupić mieszkanie na rynku pierwotnym i skorzystać z dofinansowania? Proszę się nie fatygować - znam odpowiedź.
 
Nie wiem, czy akurat w Nakle nad Notecią rzeczywiście nie ma żadnego budującego coś dewelopera, bo tego nie sprawdzałem. Wiem natomiast, że takich miejscowości w Polsce jest bardzo dużo. Program ma więc ograniczenia nie tylko wiekowe, ale i geograficzne. Jest skierowany do "młodych, wykształconych z wielkich miast", czyli w dużej części do elektoratu partii rządzącej. Hasło: ZADBAJ O PARTIĘ, TO PARTIA ZADBA O CIEBIE jest więc nadal aktualne.
 
13.  Weź tu się rozmnażaj na 50 metrach!
 
W uzasadnieniu ustawy czytamy, co następuje:
 
"Zaproponowana formuła wsparcia promuje model rodziny 2+3"
 
Ten, kto to napisał, pochodzi zapewne z Bangladeszu lub innego kraju trzeciego świata. Bo tylko tam "standardem" jest siedzenie sobie na głowie w jednej izbie bez okna. "Genialny" ustawodawca proponuje dopłaty do 50 metrów kwadratowych mieszkania, sugerując tym samym, że w większych to mieszkają tylko burżuje i on takim dopłacać nie będzie. Chwilę później pisze, że wspiera tym model rodziny 2+3! ;) No przyznajcie sami: czy tego, kto to napisał nie można nazwać idiotą? Przecież 50 m2 to z reguły dwa nieduże pokoje z kuchnią! Według rządu, wsparcie modelu rodziny 2+3 polega więc na wtłoczeniu trójki dzieci do jednego (niewielkiego) pokoju (drugi zajmą przecież rodzice)!!! Toż to są wspaniałe warunki do rozwoju! Rozwoju patologii oczywiście. Dostrzegam tu jednak pewien łańcuch przyczynowo-skutkowy: patologiczny rząd -> patologiczni urzędnicy -> patologiczne pomysły. A więc jednak jest tu jakaś logika. ;)
 
14. Maxi-obszarnik dostanie, mini-kamienicznik nie.
 
Dopłata przysługuje tylko tym, którzy nie mieli nigdy wcześniej mieszkania, co wynika już z samego tytułu ustawy. Ten, kto ma np. 20 m2 kawalerkę w Gołdapi wartą około 40 tys. zł, i chciałby kupić mieszkanie z dopłatą w Warszawie, bo tu mieszka i pracuje nie dostanie dofinansowania rządowego, nawet jeśli sprzedał tę kawalerkę dawno temu. Ten natomiast, kto ma np. 3 działki budowlane pod Warszawą warte, powiedzmy MILION ZŁ, dopłatę od państwa dostanie i to nawet jeśli w momencie podpisywania umowy kredytowej nadal będzie właścicielem tychże działek. Polejcie mi, bo na trzeźwo tego nie zrozumiem. ;)
 
15.  Sąsiad większego może więcej, niż sąsiad mniejszego.
 
Ustawa wprowadziła rozwiązanie polegające na tym, że w gminach sąsiadujących z miastami będącymi siedzibą wojewody lub sejmiku województwa, maksymalna cena metra kwadratowego mieszkania objętego dopłatami może być wyższa, niż w gminach z takimi miastami nie sąsiadującymi. Prowadzi to do kuriozalnych sytuacji. Przykładowo: dla Warszawy ten limit wynosi teraz 6583,14 zł, dla sąsiadującego z Warszawą Piastowa 4596,76 zł, a dla niesąsiadującego z Warszawą (ale sąsiadującego z Piastowem) Pruszkowa 3830,63 zł. Kupujący mieszkanie w Piastowie mogą więc liczyć na dopłatę o 20% większą niż Ci kupujący taki sam lokal w Pruszkowie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że kolejka podmiejska trasę pomiędzy tymi miasteczkami pokonuje w... 4 minuty. :) Maksymalna różnica w cenie mieszkania z rządową dopłatą wynosi w tym przypadku... 65 tys. zł na korzyść Piastowa, podczas gdy średnie ceny w Piastowie są takie same lub minimalnie wyższe niż w Pruszkowie. Nieźle, jak za 4 minuty jazdy... ;)     
 
Jako podsumowanie wpisu, pozwolę sobie zacytować wypowiedź jednego z przedstawicieli deweloperów, Jacka Bieleckiego (Marvipol) na temat „Mieszkania dla Młodych”:
 
To marnowanie środków z budżetu państwa. Uzasadnianie dopłat tym, że poprawią demografię, to propaganda. Drugie dziecko w polskiej rodzinie ma od lat na imię kredyt. Obsługa rat kosztuje więcej niż koszty związane z wychowaniem potomka.
 
Well said.
 
Dzięki za przeczytanie.

środa, 25 lutego 2015

KREDYTY HIPOTECZNE PADAJĄ NA TWARZ

Najnowsze dane z Raportu AMRON-SARFiN nie pozostawiają złudzeń co do kierunku rynku. Oto bowiem w 2014 r. znowu pobiliśmy rekord, biorąc "tylko" 174 tys. kredytów hipotecznych. Pogratulowałbym Polakom rozumu, gdyby nie fakt, że mizerna sprzedaż hipotek nie wynika z ogólnej mądrości narodu, lecz ze zwykłego... braku Polaków. ;) Nie mam, niestety, żadnych wątpliwości, że gdyby nie dziura demograficzna, w którą właśnie wpadliśmy, to kredyty nadal sprzedawałyby się świetnie. Ale dziura jest, co widać na wykresiku poniżej:
 
 
Nic nie wskazuje na to, żeby miała ona w najbliższych latach zmaleć, co wróży dalszy zjazd cen nieruchomości. Będzie to raczej powolny zjazd, z wielu powodów, o których napiszę osobno. Niemniej, chyba nie ma już osób w Polsce, które uważałyby, że odcięcie rynku od finansowania hipotecznego spowoduje wzrost cen (deweloperzy się nie liczą ;).
 
Po lekcji, jakiej Polakom udzielili (odpłatnie niestety) frankowicze coraz więcej w mediach mówi się o ryzyku jakie niosą ze sobą kredyty mieszkaniowe. Doszło nawet do tego, że Gazeta Wyborcza, piórem niejakiego Macieja Bednarka (GW z 2 lutego, str. 15) ostrzega potencjalnych kredytobiorców przed ryzykiem stopy procentowej, którą, jak udowodniły Turcja czy Rosja, można z dnia na dzień podnieść  np. o10 punktów procentowych. Kurczę, chyba zacznę polecać Wyborczą!
 
Żartowałem.
 
Dzięki za przeczytanie.    

środa, 11 lutego 2015

"DZIEWICE" Z GAZETY WYBORCZEJ WALCZĄ Z REPRYWATYZACJĄ

Temat reprywatyzacji mało kogo w Polsce interesuje. Wynika to z faktu, że niewiele osób (procentowo) posiada jakiekolwiek roszczenia tzn. mało komu władza ludowa coś zabrała. ;) No a jeśli nie mam nic do zyskania, to mnie to nie interesuje, logiczne. :)
 
Bolesław Bierut
A temat jednak jest intersujący, i to sam z siebie. Odnajdujący się po latach spadkobiercy, fałszowane testamenty i akty notarialne, przekupni urzędnicy, miliony wywalane w błoto przez państwo, dramaty wyrzucanych lokatorów itd.... Ktoś mógłby pomyśleć, że opowiadam fabułę jakiegoś amerykańskiego thrillera, a tymczasem tak po prostu wygląda stosowanie prawa w naszej bananowej republice. :)
 
Od niedawna tematem na poważnie zainteresowała się Gazeta Wyborcza, której poziom merytoryczny w 95% kwalifikuje ją jako substytut papieru toaletowego. Rola tej gazety od wielu lat sprowadza się do przyklaskiwania wszystkiemu co robi rząd, straszenia opozycją i promowania gender. :) 
 
Dziennikarze Wyborczej rozpętali prawdziwą nagonkę na ludzi skupujących roszczenia od byłych właścicieli i występujących o zwrot nieruchomości. Szeroko opisują ich działania, piejąc z oburzenia, gdyż miasta muszą często zwracać działki, na których są szkoły, place, parki. Problem tylko w tym, że odzyskiwanie znacjonalizowanych nieruchomości jest całkowicie zgodne z prawem, a o zwrocie często orzekają niezawisłe sądy!

Pismaki z Wyborczej uparcie nie zauważają jednej zasadniczej kwestii:

WYCHWALANY PRZEZ NICH POD NIEBIOSA RZĄD JEST JUŻ PRZY WŁADZY 8 (słownie: OSIEM) LAT I PRZEZ TEN CZAS NIE ZROBIŁ NIC, ABY USTAWOWO UKRÓCIĆ "DZIKĄ" REPRYWATYZACJĘ!

Rząd dysponuje tysiącami prawników i specjalistów od finansów publicznych, więc napisanie dobrej ustawy reprywatyzacyjnej powinno im zająć góra tydzień! Niedawno słuchałem wywiadu Moniki Olejnik z Hanką Gronkiewicz-Waltz (wiceprzewodniczącą PO) , podczas którego Monika indagowała Panią Prezydent Warszawy na okoliczność czemu rząd nic w tej sprawie nie robi. Hanka spuściła ją na drzewo twierdząc, że ona pracuje w samorządzie i nie może odpowiadać za rząd! :):) Zresztą temat reprywatyzacji dla Hanki jest akurat drażliwy, bo jej rodzina przecież sama jedną z warszawskich kamienic "zreprywatyzowała", o czym rozpisywały się przed wyborami tzw. tygodniki opinii. ;)

Redaktorzyny z "GW" posuwają się nawet do tego, żeby w jednym z wywiadów pytać sędziego Naczelnego Sądu Administracyjnego o to, dlaczego sędziowie nie napiszą projektu ustawy o reprywatyzacji! Sędziowie, którzy są powołani do stosowania prawa, sami mają to prawo pisać! :):)  Tak rozumie państwo prawa Gazeta Wyborcza! Samo zadanie takiego pytania dyskwalifikuje intelektualnie osobę je zadającą, ale widać w Wybiórczej mają słaby dział HR ;););)

Ustawa jest potrzebna choćby po to, żeby nie dochodziło do takich sytuacji jak w Łodzi, gdzie do magistratu zgłosiła się Pani żądając zwrotu pałacyku i otrzymała za niego 5 000 000 zł! Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ta Pani już raz dostała odszkodowanie w 1959 r.! Niestety łódzcy urzędnicy połapali się w tym co i jak za późno, więc pięć baniek poszło jak krew w piach. I co? I nic. Nikt nie zawinił, nikt nie jest odpowiedzialny. Ale spróbuj tylko pomylić się w rozliczeniu PITA o 19 groszy, to już Ci urzędnicy wytłumaczą co to wina, i co to odpowiedzialność! ;)

Nie znajduje tylko odpowiedzi na jedno pytanie:

Dlaczego Michnik odpalił ten temat akurat teraz?

Przecież "dzika reprywatyzacja" trwa w Polsce od 20 lat, a rozpoczął ją nie kto inny jak Marcin Święcicki (dziś również poseł PO). Było więc dużo czasu, żeby tematem się zająć i go nagłośnić, ale tego nie robiono. Czyżby Ci, którzy mieli się "zreprywatyzować" na dziko, już to zrobili i omerta nie jest już potrzebna? Hmm...   

Dzięki za przeczytanie.

P.S. Ani ja, ani moja rodzina nie posiadamy (niestety) żadnych roszczeń, więc jestem w tej sprawie tak obiektywny, jak się da :) 

wtorek, 3 lutego 2015

JAK SPRZEDAĆ CUDZE MIESZKANIE?

Truizmem jest stwierdzenie, że zakup mieszkania jest dla większości Polaków finansową transakcją życia. Wielu z naszych Rodaków podchodzi jednak do tej kwestii w sposób zadziwiająco beztroski. Często wynika to z wrodzonej niefrasobliwości, częściej z lenistwa, a najczęściej z braku wiedzy o podstawowych zagrożeniach. Najczęściej jednak transakcje takie kończą się dobrze, bo wbrew pozorom uczciwych ludzi w naszym kraju ciągle nie brakuje. Można jednak mieć pecha i trafić na oszusta, a nawet całą ich szajkę.

Ta szajka, akurat groźna nie jest... ;)
Czy możliwe jest jednak aby dochować wszelkich standardów staranności, a mimo to zostać wystrychniętym na dudka bez… dudków i bez… mieszkania?
Podstawową kwestią przy zakupie mieszkania jest sprawdzenie księgi wieczystej. Trzeba sprawdzić kto jest właścicielem, czy na nieruchomości nie ciążą żadne długi itd.

Większość ludzi myśli, że jak sprawdzili księgę wieczystą w dniu transakcji (podpisania aktu notarialnego) to są bezpieczni. Myślą, że jeśli w dniu np. 6 kwietnia 2015 r. w księdze figurował jako właściciel Jan Kowalski i oni w tym dniu sprawdzili tę księgę wieczystą i podpisali ten akt notarialny, to nie ma siły, żeby nie stali się pełnoprawnymi właścicielami mieszkania.

BŁĄD.

Zgadnijcie co się stanie jeśli Jan Kowalski następnego dnia, tj. 7 kwietnia 2015 r. sprzeda to mieszkanie komuś innemu? Właścicielem stanie się ta inna osoba a nie wy, Towarzysze.

NIE MOŻE BYĆ! – pomyślało pewnie teraz wielu z Was Szanowni Czytelnicy.

ANO MOŻE! – odpowiedział Wam w myślach Credit Slayer ;-)

ALE JAK? – zapytaliście w myślach, lekko tylko poruszając ustami.

ANO… - zawiesił w myślach głos Credit Slayer - …TAK:

Jan K. w drodze na Seszele... ;)
W Polsce własność nieruchomości przechodzi na kupującego w momencie podpisania aktu notarialnego (czyli w naszym przykładzie będzie to 6.04.2015 r.). Jeśli więc Paweł Nowak w tym dniu kupi notarialnie od Jana Kowalskiego mieszkanie, to stanie się jego właścicielem od dnia 6.04.2014 r. Jednak notariusz na złożenie wniosku o wpis Pawła Nowaka do księgi wieczystej ma aż 3 dni.
Przez te 3 dni w księdze wieczystej nie ma żadnego śladu, że Paweł Nowak cokolwiek kupił.
Jeśli w ciągu tych 3 dni (np. w dniu 7.04.2015 r.) Jan Kowalski jeszcze raz sprzeda (nie)swoje mieszkanie, powiedzmy Paulinie Dobrowolskiej, to właścicielem mieszkania będzie Paulina, a nie Paweł Nowak. Pawłowi będzie przysługiwało tylko prawo pozwania Jana Kowalskiego do sądu. Tyle, że Jan K. będzie już wtedy pewnie na Seszelach…    
 
Te 3 dni w wyniku powolnego działania poczty, ociągania się sądu wieczystoksięgowego lub innych nieprzewidzianych okoliczności mogą się jeszcze wydłużyć. Nie ma to jednak dużego znaczenia, bo sprytny oszust wszystkie "lipne" transakcje zawrze jednego dnia, u różnych notariuszy. Wtedy dopiero będzie galimatias! ;)
 
Pewnym zabezpieczeniem przed tego typu praktykami jest możliwość skorzystania przez kupującego z depozytu u notariusza. Tyle, że notariusz nie musi się zgodzić na przyjęcie takiego depozytu, a nawet jak się zgodzi to pobierze za to kilkaset, a przy droższych mieszkaniach nawet grubo powyżej tysiąca złotych. Poza tym trzeba przypilnować by w protokole przyjęcia depozytu rejent szczegółowo oznaczył warunki jego wydania beneficjentowi (czyli sprzedającemu mieszkanie). Wypłata pieniędzy przez notariusza zbyt szybko (np. już w momencie ujawnienia wzmianki o sprzedaży w KW) może zniweczyć sens zakładania depozytu. Z drugiej strony, nie każdy sprzedający będzie chciał czekać, powiedzmy miesiąc, na pieniądze.
 
Lepsze jednak to niż nic, chociaż znając Rodaków to wydanie kasy na depozyt nie będzie mieściło się w ich percepcji i nadal będą chodzić do notariuszy z reklamówkami wypchanymi banknotami ;) Jak jednak powiedział Ulpian: volenti non fit iniuria, czyli chcącemu nie dzieje się krzywda, no bo... kto bogatemu zabroni? ;)
 
Dzięki za przeczytanie. 

sobota, 31 stycznia 2015

ALLELUJA I DO PRZODU...

...jak powiedział kiedyś pewien skromny i nieśmiały ksiądz z Torunia do pewnego nieśmiałego i skromnego przywódcy partii opozycyjnej z Żoliborza. ;) Ten slogan przypomniał mi się akurat dzisiaj, bo oto nadeszła wiekopomna chwila: ten skromny i nieśmiały blog świętuje drugą rocznicę swojego istnienia! :)
 
Szczerze pisząc, to liczyłem na to, że w zadymie wywołanej aprecjacją Franka S., ten skromny jubileusz umknie mi niepostrzeżenie. Przerażenie ogarnia mnie bowiem, gdy uświadamiam sobie, że dwa lata mogą minąć tak szybko. A co gorsza bezpowrotnie. ;) Nie będę się jednak nad sobą użalał. W końcu JA kredytu walutowego nie mam. ;) Żarty jednak na bok. :)
 
Dziś nadarza się przede wszystkim okazja, żeby podziękować Wam Szanowni Czytelnicy za to, że chce się Wam mnie jeszcze czytać. Chociaż stworzyłem tego bloga właściwie dla siebie - żeby konfrontować moje wymysły z innymi ludźmi - to jednak Wasza obecność jest bardzo dużą zachętą do kontynuacji wysiłku. Regularne pisanie wymaga bowiem sporej pracy, a ta praca zajmuje niekiedy sporo czasu, a czasu mam niezbyt wiele. W sensie, że jestem zajęty, a nie że umieram ;);)
 
Jak pewnie już zauważyliście tematyka moich wpisów od początku kręci się wokół mieszkań i kredytów. Nie znaczy to, że nie będę w przyszłości poruszał innych kwestii, które mnie interesują/wkurzają w tym państwie. Do zobaczenia w lutym i... częstujcie się:
 Dzięki za czytanie.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

ILE PAŃSTWOWY BANK ZAPŁACIŁ ZA MIESZKANIA NA WYNAJEM?

Jak mawiają Rosjanie: tisze jediesz, dalsze budiesz, czyli w wolnym tłumaczeniu: ciszej jedziesz, dalej zajedziesz. Zasada stara jak świat, sprawdza się zawsze. No chyba, że chcesz zostać celebrytą, znanym z tego, że jest znany. ;)
 
Zapędów celebryckich nie posiada Ryszard Słowiński - prezes zarządu BGK Nieruchomości S.A., która to spółka zarządza Funduszem Mieszkań na Wynajem. Rysiek, to na pewno porządny chłop (jak wszystkie Ryśki;) i w dodatku umie dotrzymać tajemnicy! Choć to akurat nie jest już takie fajne, bo z chęcią poznalibyśmy cenę za jaką BGK kupił blok w Poznaniu, w którym teraz chce wynająć mieszkania ludowi pracującemu miast i wsi. To znaczy tylko miast, bo Fundusz bloków na wsi nie zamierza nabywać. ;) A szkoda bo niedaleko domu mojej babci stoją popegeerowskie bloki do zagospodarowania. ;) Jak to mówią: człowiek ze wsi wyjdzie, wieś z człowieka nigdy! ;) Stąd mój sentyment i zainteresowanie losem byłych pracowników tego kołchozu, którzy nadal okupują lokale w tych "apartamentowcach". ;) Na pewno uciszyliby się, gdyby Rysiek z wielkiej Warszawy odkupił od nich ich mieszkania. ;) Szczególnie, że wszystko wskazuje na to, że Rysiek lubi przepłacać
 
Ustalone przez BGK stawki wynajmu mieszkań w bloku przy ulicy Saperskiej w Poznaniu mają bowiem charakter paskarski (a miało być nawet 30% taniej niż na rynku), o czym pisałem tu:
 
 
Biorąc pod uwagę, że publicznie zapowiadano, że stopa zwrotu z tej "inwestycji" będzie oscylowała koło 4-5%, to takie stawki wynajmu prowadzą do wniosku, że Fundusz kupił blok od poznańskiego dewelopera Wechta za ok. 8 000 zł za m2*, podczas gdy średnia w Poznaniu wynosi około 6 000 zł za m2:
 
  
Jednak deweloper, od którego Fundusz kupił blok oferuje takie mieszkania przy Saperskiej za ok 5 300 zł za m2, co możecie sprawdzić tu:
 
 
Możliwości są więc cztery:
 
1/ Fundusz grubo przepłacił, więc winduje stawki najmu, żeby te 4% rentowności osiągnąć (skandal!),
2/ Fundusz przepłacił i chce osiągnąć dużo wyższą stopę zwrotu, więc winduje stawki (skandal i drobnomieszczaństwo!),
3/ Fundusz nie przepłacił, ale chce osiągnąć dużo wyższą stopę zwrotu, żeby prezesi mogli zainkasować sowite bonusy, więc winduje stawki (cwaniaki!),
4/ Fundusz nie przepłacił i nie chce wyższej stopy zwrotu, ale koszty ogólnego zarządu są wysokie i trzeba windować stawki (nieudacznicy!).
 
Możliwa jest też jakaś kombinacja powyższych. Prędko się tego nie dowiemy, bo Prezes Rysiek nawet Grażynce Błaszczak z "Rzepy" odmówił podania kwoty jaką wyrzucił na ten "apartamentowiec". A jeśli nie uległ jej czarowi i urokowi osobistemu, to nie ma się co łudzić, że komukolwiek innemu uda się wyciągnąć te informacje. ;) Marek Wielgo też próbował i też mu się nie udało, ale on wdzięku nie ma za grosz, więc się nie dziwię. ;) Grażynka była ostatnia nadzieją. ;)
 
Na pytanie Grażynki, czym Fundusz przyciągnie najemców, skoro czynsze nie są niższe od rynkowych, Prezes Rysiek odpowiedział:
"Naszym zdaniem czynsze są atrakcyjne"

Hahaha! Przypomina mi się scena z szatni z filmu "Miś" kończąca się słowami: "Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?" ;);) Naszym, Ryśkowym, zdaniem czynsze są atrakcyjne i basta! A jak fakty mówią coś innego, to tym gorzej dla faktów! ;) Bareja przewraca się grobie... Aż się prosi, żeby zakończyć post parafrazą rozmowy innego Ryśka pasującą jak ulał**: 
Miś: Powiedz mi po co jest ten Fundusz? 
Hochwander: Właśnie, po co? 
Miś: Otóż to! Nikt nie wie po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Wiesz co robi ten Fundusz? On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest Fundusz na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy tym Funduszem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie - mówimy - to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest Fundusz społeczny, w oparciu o sześć instytucji, który sobie zgnije, do jesieni na świeżym powietrzu i co się wtedy zrobi? 
Hochwander: Protokół zniszczenia...


Dzięki za przeczytanie.
 
*opieram się tu na wyliczeniach J. Bieleckiego z Marvipola i M. Sobańskiego z Mzuri z dzisiejszej "Rzeczpospolitej", bo mi się oczywiście nie chciało tego liczyć ;)  
** w roli Misia oczywiście Prezes BGK Nieruchomości S.A., w roli Hochwandera może być Grażynka ;)